PRAWA ZWIERZĄT
Gdy młode państwo potrafiło dostrzec zwierzę. O niezwykle nowoczesnym prawie II Rzeczypospolitej
Kiedy myślimy o ochronie zwierząt, dobrostanie, ograniczaniu cierpienia czy odpowiedzialności człowieka za zwierzę, łatwo uznać te pojęcia za osiągnięcia naszych czasów. Za efekt współczesnej wiedzy, zmiany obyczajów i rosnącej społecznej wrażliwości.
Tymczasem wystarczy otworzyć polski Dziennik Ustaw sprzed niemal stu lat.
22 marca 1928 roku Prezydent Rzeczypospolitej wydał rozporządzenie o ochronie zwierząt.
Polska była wtedy państwem niepodległym zaledwie od niespełna dziesięciu lat.
Krajem, który po 123 latach zaborów musiał scalać trzy różne systemy prawne, administracyjne i gospodarcze. Krajem odbudowującym instytucje, infrastrukturę i gospodarkę po I wojnie światowej i walkach o granice. Państwo miało przed sobą ogrom podstawowych problemów.
A jednak wśród spraw, które uznano za wymagające ogólnokrajowej regulacji, znalazło się również to, jak człowiek traktuje zwierzę.
Rozporządzenie weszło w życie 23 kwietnia 1928 roku i, co samo w sobie jest niezwykłym świadectwem jego znaczenia, w zmienionej formie pozostawało częścią polskiego porządku prawnego aż do wejścia w życie ustawy o ochronie zwierząt z 1997 roku.
Nie tylko pies, koń czy krowa
Jednym z najbardziej zaskakujących elementów przedwojennego prawa jest zakres zwierząt objętych ochroną.
Nie ograniczono jej do zwierząt domowych.
Przepisy obejmowały zwierzęta domowe i oswojone, ptactwo, zwierzęta dzikie, a także ryby, płazy, owady i inne zwierzęta. Po zmianie dokonanej w 1932 roku z przepisu usunięto nawet ograniczenie odnoszące ochronę zwierząt dzikich wyłącznie do osobników „schwytanych”.
To niezwykle ważny szczegół.
Ustawodawca nie budował bowiem ochrony wyłącznie wokół wartości użytkowej zwierzęcia dla człowieka. Tworzył znacznie szerszą kategorię istot, wobec których człowiekowi nie wszystko wolno.
Jak na rok 1928 było to podejście zadziwiająco nowoczesne.
Państwo wiedziało, że cierpienie ma wiele postaci.
Jeszcze ciekawiej robi się, kiedy przeczytamy, co prawodawca rozumiał przez znęcanie się nad zwierzętami.
Nie poprzestano na zakazie brutalnego bicia.
Przepisy schodziły do poziomu codziennego życia.
Za niedopuszczalne uznawano między innymi używanie do pracy zwierząt chorych, rannych, kulawych lub nadmiernie wyczerpanych. Regulowano sposób bicia i poganiania zwierząt, zakazywano stosowania nieodpowiednich, twardych czy ostrych narzędzi. Dostrzegano przeciążanie zwierząt pociągowych i jucznych.
Co więcej, oceniano obciążenie nie tylko według samego ciężaru ładunku, lecz również siły zwierzęcia i stanu drogi.
Zabronione było także zmuszanie zwierzęcia do zbyt szybkiego biegu, przekraczającego jego możliwości.
Czyż nie jest to w swojej istocie myślenie o dobrostanie?
Nie używano jeszcze współczesnego języka pięciu wolności, potrzeb gatunkowych czy wskaźników dobrostanu. Ale dostrzegano dokładnie tę samą podstawową zasadę:
zwierzę ma granice fizyczne, odczuwa ból i wyczerpanie, a człowiek ma obowiązek te granice respektować.
W 1932 roku uznano nawet „wybitne niechlujstwo”
Cztery lata później państwo nie wycofało się z tych regulacji. Przeciwnie, zaczęło je doprecyzowywać.
Ustawa z 25 lutego 1932 roku rozszerzyła wcześniejsze przepisy. Do zachowań niedopuszczalnych dodano między innymi utrzymywanie zwierząt w stanie „wybitnego niechlujstwa”.
Brzmi archaicznie? Tylko język. Sama idea jest bardzo współczesna.
Prawo zaczynało bowiem dostrzegać, że krzywda zwierzęcia nie musi polegać na aktywnym zadawaniu bólu. Może wynikać również z zaniedbania warunków, w których zwierzę jest utrzymywane.
To ogromnie istotne rozróżnienie.
Człowiek odpowiada nie tylko za to, czego zwierzęciu nie powinien robić. Odpowiada także za warunki, które mu stworzył.
Koń nie był maszyną
Szczegółowość tych regulacji najlepiej widać w przepisach dotyczących zwierząt pracujących.
Trzeba pamiętać, czym był koń w gospodarce lat dwudziestych XX wieku. Był środkiem transportu, siłą pociągową, częścią rolnictwa, wojska i życia miast. Gospodarczo był niezwykle ważny.
I właśnie dlatego łatwo byłoby potraktować go wyłącznie jako narzędzie.
Polskie prawo zrobiło coś odwrotnego.
Mówiło człowiekowi: możesz korzystać z pracy zwierzęcia, ale nie możesz ignorować jego bólu, choroby, zmęczenia ani fizycznych możliwości.
To bardzo dojrzała konstrukcja etyczna.
Nie negowała realiów gospodarczych epoki. Wyznaczała im jednak granicę.
Tą granicą było cierpienie zwierzęcia.
Rozrywka i sport również nie dawały człowiekowi pełnej swobody
Nowelizacja z 1932 roku przewidywała możliwość szczegółowego regulowania przez państwo sposobu obchodzenia się ze zwierzętami, w szczególności ich używania do pracy, rozrywki oraz celów sportowych.
To kolejny element, który brzmi zaskakująco współcześnie.
Państwo uznało, że fakt, iż człowiek jest właścicielem zwierzęcia albo wykorzystuje je w określonym celu, nie oznacza nieograniczonego prawa do decydowania o jego losie.
Można powiedzieć, że już wtedy pojawiała się zasada, która powinna być fundamentem również dzisiejszej ochrony zwierząt: własność nie oznacza dowolności.
Nawet nauka miała swoje granice
Szczególnie interesujące były regulacje dotyczące doświadczeń na zwierzętach.
Badania naukowe były dopuszczalne, ale nie pozostawiono naukowcom całkowitej swobody. Wymagały odpowiednich zezwoleń, miały odbywać się w określonych placówkach, a sposób ich przeprowadzania powinien ograniczać niepotrzebne cierpienie zwierząt.
Co znamienne, doświadczeń takich nie można było przeprowadzać w szkołach średnich i niższych. Przewidziano je dla specjalnych zakładów i wyższych ośrodków naukowych.
Znów widzimy tę samą filozofię: rozwój nauki: tak! Ale nie bez żadnych granic.
Ochrona zwierząt nie była wyłącznie sprawą państwowych urzędników
Nowelizacja z 1932 roku przyniosła jeszcze jedno rozwiązanie, które dziś powinno szczególnie zwracać uwagę.
Przewidziano możliwość upoważniania stowarzyszeń i organizacji zajmujących się ochroną zwierząt do współdziałania z organami państwowymi przy ujawnianiu przestępstw przeciwko ochronie zwierząt.
A więc już w II Rzeczypospolitej dostrzeżono coś, o czym dyskutujemy także współcześnie: państwo i organizacje społeczne nie muszą być przeciwnikami. Mogą wspólnie egzekwować ochronę zwierząt.
Nie był to zresztą przypadek. W dwudziestoleciu międzywojennym działały organizacje ochrony zwierząt, prowadzono akcje edukacyjne, odczyty i działalność społeczną, funkcjonowała lecznica dla zwierząt, wydawano również czasopismo „Świat Zwierząt”, popularyzujące wiedzę i postawy humanitarne.
Ochrona zwierząt nie była więc jedynie przepisem zapisanym w Dzienniku Ustaw.
Stawała się częścią budowania nowoczesnego społeczeństwa obywatelskiego. A wszystko to w państwie, które dopiero się budowało
I chyba właśnie ten kontekst robi największe wrażenie.
Rozporządzenie wydano w marcu 1928 roku.
Od odzyskania niepodległości minęło niecałe dziesięć lat.
Polska wciąż scalała ziemie trzech zaborów. Budowała administrację, sądownictwo i gospodarkę. Ujednolicała prawo. Modernizowała kraj. Można było powiedzieć: mamy ważniejsze problemy. A jednak tego nie powiedziano. Uznano, że sposób traktowania zwierząt również jest sprawą państwa. Co więcej, nie ograniczono się do deklaracji w rodzaju „należy traktować zwierzęta humanitarnie”. Stworzono katalog konkretnych zachowań, określono sankcje, pozostawiono możliwość obejmowania ochroną kolejnych przypadków i przewidziano współpracę państwa z organizacjami społecznymi. W 1932 roku regulacje dodatkowo rozwinięto.
To pokazuje coś bardzo ważnego. Wrażliwość wobec zwierząt nie jest w Polsce nową modą. Nie przyszła do nas w XXI wieku. Nie jest wymysłem mediów społecznościowych, aktywistów ani współczesnej Europy. Ma w polskiej kulturze prawnej własną, długą historię.
Może więc pytanie powinno brzmieć inaczej.
Dzisiaj często słyszymy, że społeczeństwo „nie jest jeszcze gotowe” na dalej idące rozwiązania dotyczące ochrony zwierząt. Że trzeba poczekać. Że są ważniejsze sprawy. Że pewne wymagania są zbyt daleko idące.
Warto wtedy przypomnieć rok 1928.
Państwo mające niespełna dziesięć lat niepodległości uznało za konieczne zapisanie w prawie, że nie wolno zmuszać wyczerpanego zwierzęcia do pracy.
Że znaczenie ma jego choroba i kulawizna.
Że znaczenie ma ciężar, który musi ciągnąć.
Że znaczenie ma nawet stan drogi.
Że nie wolno poganiać go w sposób powodujący cierpienie.
Że warunki utrzymania również podlegają ocenie.
Że wykorzystywanie zwierząt do rozrywki i sportu może podlegać ograniczeniom.
Że nauka nie daje automatycznego prawa do zadawania niepotrzebnego cierpienia.
I że organizacje społeczne mogą pomagać państwu ścigać przypadki łamania prawa.
To było niemal sto lat temu.
Dlatego historia przedwojennego prawa ochrony zwierząt nie powinna być jedynie prawniczą ciekawostką.
Jest również pytaniem skierowanym do nas.
Skoro państwo, które dopiero podnosiło się po 123 latach zaborów i wojennej katastrofie, potrafiło znaleźć w swoim prawie miejsce dla ochrony zwierząt, to czy naprawdę dzisiaj możemy mówić, że troska o ich dobrostan jest luksusem, na który jeszcze nie jesteśmy gotowi?
Być może jest dokładnie odwrotnie.
Nowoczesność państwa mierzy się nie tylko drogami, gospodarką, technologią czy siłą instytucji. Mierzy się również tym, jak traktuje ono tych, którzy sami nie mogą upomnieć się o swoje prawa.
II Rzeczpospolita rozumiała to już w 1928 roku.
Dodałam tu celowo mocny kontrast między młodością i ogromem problemów odradzającego się państwa a szczegółowością ochrony zwierząt. I jeszcze jeden ciekawy fakt: pierwotne rozporządzenie z 1928 r. zostało uchylone dopiero 24 października 1997 r., kiedy zastąpiła je współczesna ustawa o ochronie zwierząt.
Źródła urzędowe: Rozporządzenie Prezydenta RP z 22 marca 1928 r. oraz tekst jednolity z 1932 r.
Komentarze