Parę słów o życiu i zdrowiu...
Powoli mija 31. finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Nie trzeba być wirtuozem żadnego instrumentu, żeby w niej zagrać. Trzeba mieć otwarte serce i życzliwość dla ludzi. Kolejny raz fundujemy sobie radość z pomagania. Niezliczona ilość młodych wolontariuszy poczuła się ważna, doceniona, zauważona. Tak naprawdę gramy dla siebie. Nigdy nie wiadomo kiedy przyjdzie nam skorzystać z usług medycznych i może się okazać, że jakiś sprzęt, dokładnie ten, który nam pomoże, będzie pochodzić z zakupów WOŚP. Ratujemy siebie wzajemnie, ratujemy sami siebie.
W kontraście do tego radosnego nastroju wspominam spektakl w Teatrze Żeromskiego w Kielcach. Scenariusz powstał na podstawie książki Mateusza Pakuły ‘Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję’. To nie jest kryminał. To rzecz o umieraniu. Mateusz Pakuła wykrzyczał to, o czym wiele osób na widowni bało się pomyśleć czy wyszeptać. Komuś umierała mama, innemu żona, mnie mąż. Chorowali, umierali, a my chorowaliśmy i umieraliśmy z nimi. Mateusz doświadczył umierania swojego Taty w czasach pandemii. Obowiązywały okrutne zakazy widzeń, obowiązywało umieranie w samotności. Samotnie umierali nasi ojcowie, matki, żony i mężowie, a my samotnie cierpieliśmy. Spektakl jest pytaniem. Czy jesteśmy gotowi na odpowiadanie?
Mój pies ma na imię Leon. Przedtem dzielili ze mną życie Amper i Fifi. Obydwoje dożyli sędziwego wieku, ale koniec ich życia nie był komfortowy. Obydwoje cierpieli. Zgodnie z prawem, w konsultacji z lekarzem weterynarii, podjęłam decyzję o humanitarnym zakończeniu ich życia.
Przeczytałam te parę akapitów i … gorzko się zrobiło. Ale prawdziwie. A do tego dokładam mój artykuł o służbie zdrowia sprzed czasu pandemii. Coś się zmieniło? Tak. Jest gorzej.
IDZIE POLAK DO LEKARZA…
Mam się za osobę ogólnie zdrową. No bo kto by się tam przejmował starą kontuzją z czasów czynnego uprawiania akrobatyki. Albo jakieś wspomnienie wypadku samochodowego sprzed laty. Drobiazgi. Toteż ze służbą zdrowia nie miałam do tej pory wiele do czynienia. Ale ostatnie dwa wydarzenia nie pozostawiły mi wyboru.
Znalazłam kleszcza na moim brzuchu. Mam wieloletnią wprawę w wyjmowaniu tych drani z moich psów, więc poszło sprawnie. Obejrzałam dokładnie: cały był, ruszał się nieporadnie na chusteczce. Nie ma się co litować. Małe to, a groźne okrutnie. Niesie za sobą ból, cierpienie i czasami długoletnie leczenie. Co najgorsze, bardzo kosztowne leczenie. Potrafi toto spustoszyć organizm, a jak uzna, że jesteś za silny, to przyczai się gdzieś w zakamarkach i udając jakąś torbiel, czeka na lepsze czasy, żeby zaatakować nasze ciało. Trudno oskarżać lekarzy, że nie diagnozują tego cholerstwa. Nawet badania laboratoryjne nie zawsze wskażą sprawcę naszego złego samopoczucia, bólu stawów i ogólnego rozwalenia naszego ciała. Tylko 30 procent ‘szczęśliwców’ ma rumień i tyleż samo ma dodatni wynik badania krwi. Nie tak dawno spotkałam znajomą, która z wyraźnym błyskiem szczęścia w oczach, oznajmiła gromko, że wreszcie wie, na co choruje: na boreliozę. Dlaczego szczęście? Bo trwało to pięć długich lat chodzenia po lekarzach, szukania i domyślania się. Wreszcie jest diagnoza. I co dalej? Dalej jest bardzo kosztownie. Pomaga komora hiperbaryczna (w Kielcach źle się kojarzy z działką na Okrzei). Koszt godzinnego pobytu to około 150 złotych. Jedno posiedzenie nie wystarczy! Chorzy na boreliozę przekazują sobie ostatnio wieści o dobroczynnym działaniu biorezonansu. No, tanie to nie jest, nasz portfel odchudzi się o stówkę za seans. Dochodzą do tego suplementy, kolagen czy inne specyfiki pobudzające produkcję tego ostatniego, bo borelioza tłucze kolagen z wielką lubością. No, a co z moim kleszczem? Patrzyłam na łobuza i z zemstą w oczach wybierałam numer Sanepidu. Odebrał pan i szybko pozbawił mnie złudzeń: oni badań tych robaczków nie robią. Podobno Diagnostyka tym się zajmuje. No to dzwonię i tam. Miła pani informuje, że kleszcz musi być dostarczony w ciągu 72 godzin i do godziny 12. Badanie kosztuje 250 złotych. Utłukłam drania. Rumienia na brzuchu nie ma. Za czas jakiś zrobię badanie w kierunku antyciał. Koszt? 80 złotych jedno. Uważajcie na siebie!
Drugie zdarzenie było daleko mniej przyjemne. Zostałam dotkliwie pokąsana przez kota. I nie ma tu nic do śmiechu. Biedne zwierzę nie miało szans stając oko w oko z moim psem (na smyczy i w kagańcu). Normalnie by zwiał, ale jego opiekunka miała go na smyczy! W efekcie zostałam odwieziona przez karetkę na pobliski SOR, z trudem zahamowano krwotok z licznych ran nogi, dłonie, ramię i przedramię nie wyglądały najlepiej. Po miesiącu leczenie trwa nadal, ale na tzw. państwową służbę zdrowia nie mam co liczyć. Zarejestrowanie się do poradni chirurgicznej, do której dostałam skierowanie, graniczy z cudem, a terminy można tylko skwitować śmiechem. No to ja prywatnie. Kosztowało? Pewnie, że tak!
I tak się zaczęło moje zgłębianie tematu. Najwięcej informacji znalazłam na temat nowotworów. Okazuję się, że tu jesteśmy w czołówce zachorowań i śmiertelności. I tu muszę lojalnie uprzedzić: wiadomości są szokujące. I tak: z wykazu leków refundowanych usunięto cetuksymab i bewacyzumab – leki stosowane w leczeniu I i II linii raka jelita grubego. Biorąc pod uwagę, że Polska jest jednym z nielicznych krajów UE, które nie refunduje leczenia III i IV linii, to oznacza, że ci chorzy stracili w ogóle możliwość leczenia!!! Dla chorych po przeszczepie nerki podrożał lek, który muszą przyjmować do końca życia. Kiedyś lek 3,20 a teraz 1300!!! Okazuje się, że na 93 leki, które zostały zarejestrowane w ciągu ostatnich 15 lat w Unii Europejskiej, 44 leki są niedostępne dla polskich pacjentów. Tylko 15 leków jest dostępnych zgodnie z międzynarodowym standardem. O innych lekach trudno się nawet oficjalnie dowiedzieć! To jest jakiś program TRUMNA +.
Dołożę jeszcze jedno moje doświadczenie życiowe. Parę lat temu, będąc w Kosowie, zasłabłam na tyle poważnie, że mój mąż odwiózł mnie do szpitala. Pewnie mundur męża zrobił swoje, a i jego tłumacz coś dołożył, dość, że zajęto się mną w miarę szybko. Ale na podjęcie jakichkolwiek działań medycznych musieliśmy poczekać, aż tłumacz wrócił z apteki z przepisaną kroplówką i wenflonem. W międzyczasie przywieziono pacjenta z objawami zawału serca. Dopóki rodzina nie przywiozła niezbędnych leków i sprzętu, nie podjęto ŻADNYCH działań. W Kosowie nikt z polityków nie przywiązuje wagi do nakładów na służbę zdrowia. Kto mógł ten, wyjechał. Brzmi znajomo?
Oprzytomniejmy! Niech żadne trzynaste i czternaste emerytury nie przysłonią nam opłakanego stanu służby zdrowia. Nie dajcie się uśpić jednorazową, przedwyborczą 13-stką czy 14-stką, której nawet nie ma w budżecie na przyszły rok, nie dajcie się nabrać na korupcję polityczną w najczystszej postaci. Tu chodzi o gwarancję godnego życia na starość!
Jako społeczeństwo starzejemy się i to dotyczy także lekarzy i pielęgniarek. Obiecywanka podniesienia nakładów na uzdrowienie systemu ochrony zdrowia to kpina w żywe oczy. Emerytko i emerycie, otwórzcie oczy! Przyszła emerytko i przyszły emerycie, oprócz zajadania kiełbasy wyborczej warto zejść na ziemię i realnie spojrzeć na przyszłość Polski pod rządami narodowych socjalistów.
Komentarze